All posts by P13CU

Zapalony airsoftowiec, fanatyk survivalu, sztuk walki (samoobrona i techniki interwencyjne) i wielki starożytny myśliciel

Wymarsz! – czyli długa droga na długi patrol

   Dzisiaj nie będzie bełkotu na temat tego jacy to AeSGeje są źli, bo robią rzeczy, które mi się nie podobają. Dzisiaj chcę przekazać troszkę wiedzy teoretycznej. Na jaki temat? Procedury dowodzenia i jak wygląda przygotowywanie rozkazu bojowego dla poszczególnych ogniw w łańcuchu dowodzenia (przynajmniej wg znanych mi źródeł) w „realu” dla plutonu i drużyny. Na niedzielnych jebankach nie jest to raczej wykorzystywane. Jednak na imprezy dłuższe i bardziej ambitne scenariusze jak np. MilSim, pasuje jak ulał i buduje klimat o wiele bardziej niż zdanie: „weźcie rozwalcie to co jest za tamta górka i wracajcie”.

Dowodzenie oddziałem jest procesem, w którym dowódca prowadzi swój oddział do wykonania misji taktycznej”

   Dzisiaj nie będzie bełkotu na temat tego jacy to AeSGeje są źli, bo robią rzeczy, które mi się nie podobają. Dzisiaj chcę przekazać troszkę wiedzy teoretycznej. Na jaki temat? Procedury dowodzenia i jak wygląda przygotowywanie rozkazu bojowego dla poszczególnych ogniw w łańcuchu dowodzenia (przynajmniej wg znanych mi źródeł) w „realu” dla plutonu i drużyny. Na niedzielnych jebankach nie jest to raczej wykorzystywane. Jednak na imprezy dłuższe i bardziej ambitne scenariusze jak np. MilSim, pasuje jak ulał i buduje klimat o wiele bardziej niż zdanie: „weźcie rozwalcie to co jest za tamta górka i wracajcie”.

Dowodzenie oddziałem jest procesem, w którym dowódca prowadzi swój oddział do wykonania misji taktycznej”

AAF-I-33

Do tego celu wykorzystuje się coś, co ładnie nazywa się Procedury Dowodzenia Oddziałem. Składają się one z ośmiu kroków:

  1. Otrzymanie zadania – zadanie może zostać przekazane w rozkazie alarmowym (ROZOP) albo w rozkazie częściowym (FRAGO). Po otrzymaniu zadania dowódca opracowuje własny plan działania (średni czas to 1/3 dostępnego czasu na zaplanowanie operacji). Resztę czasu spędza się zazwyczaj na konsultacji planu z podwładnymi, przygotowaniach i uwzględnianiu takich czynników jak długość dnia od wschodu do zachodu słońca czy czas trwania zadania

  2. Wydanie rozkazu pogotowia – dowódca udziela początkowych instrukcji podwładnym w formie rozkazu pogotowia. Rozkaz pogotowia jest sformułowany w formie pięciu punktów:

    * Zadanie lub typ operacji

    * Czas i miejsce przeprowadzenia operacji

    * Kto bierze udział w operacji?

    * Czas wykonania operacji

  3. Wykonanie wstępnego planu – ocena sytuacji

    , która będzie podstawą do wykonania planu wstępnego. Zawiera pięć punktów:

    * Dokładna analiza zadania

    * Analiza sytuacji i określenie kierunku działania

    * Przekazanie ogólnych opisów zadań oraz przygotowanych szkiców

    * Dalsze oszacowanie sytuacji na podstawie czynników METT-TC (informacje na temat nieprzyjaciela jak np.: siła, liczebność, rozmieszczenie)

    * Wpływ terenu i pogody na przebieg operacji

  4. Pierwszy ruch – na początku trzeba zaznaczyć, że ten krok może być wykonany w dowolnym momencie trwania procedur przygotowawczych. Krok ten polega na wykonywaniu potrzebnych przemieszczeń w trakcie planowania lub rozpoznania wstępnego.

  5. Rozpoznanie – w zależności od zapasów czasowych dowódca przeprowadza rozpoznanie osobiście. Jeżeli tego czasu ma mniej wykorzystuje mapy. Może też skorzystać z pomocy zwiadowców.

  6. Kompletowanie planu – zbieranie wszystkich informacji (rozpoznanie, raporty sytuacyjne, ewentualne zmiany i poprawki w rozmieszczeniu nieprzyjaciela).

  7. Wydanie kompletnego rozkazu – wykorzystując makietę lub rysunek, w ostateczności gdy cel jest w zasięgu wzroku – objaśnia i tłumaczy.

  8. Nadzór – rozchodzi się głównie o to aby wszystko wypaliło. Inspekcje i próby przeprowadza się aby wykryć słabe punkty planu, skoordynować działania. Wykonuje się je w terenie i w warunkach maksymalnie zbliżonych do oczekiwanych podczas przeprowadzenia operacji.

Jednak nie jest to tak kolorowe jak to wygląda na filmach. Nie przychodzi nasz komandir i nie mówi „ruszamy” i wszystko już jest jasne, plan się sam ułożył, a problemy same się rozwiązały niczym stare sznurowadła.

W prawdziwym świecie naprawdę giną ludzie. Giną z wielu przyczyn. Najczęstszą są jednak błędy. I po to właśnie powstały te procedury. Aby tych błędów unikać i aby nikt nie zapomniał czy przez pomyłkę (kolejny błąd, który może mieć śmiertelne konsekwencje), któregoś kroku nie pominął np. przez rutynę. Po to właśnie robi się te wszystkie akcje wywiadowcze, makiety, mapy i próby.

Co się jednak zgadza między fikcją i rzeczywistością? Otoczenie. Z wielu książek czy filmów dowiadujemy się mniej więcej jak to wszystko wygląda. Na przykład w „Bravo Two Zero” McNab’a znajdujemy dość ciekawe opisy pokoju odpraw i planowania operacji. W „Niełatwym Dniu” Marka Owen’a jest pięknie opisane jak pkomandosi wykonują próby i jakie środki do tego wykorzystują.

Doskonałym przykładem jest tutaj operacja „Włócznia Neptuna”. Akcja opisywana w wyżej wymienionej książce „Niełatwy Dzień”. Zanim komandosi NSWDG dostali zielone światło do wykonania tej operacji, trenowali do znudzenia na makiecie w skali 1:1 wszystkie możliwe scenariusze.

Wszyscy wiemy jak to się potoczyło dalej. Cel jednak został osiągnięty więc wszystkie przygotowania nie poszły na marne.

W tym wpisie bazowałem na informacjach z książek

  • Podręcznik Taktyki Rangersów – oficjalna publikacja Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych

  • Niełatwy Dzień – Mark Owen

  • Bravo Two Zero – Andy McNab

Do tego celu wykorzystuje się coś, co ładnie nazywa się Procedury Dowodzenia Oddziałem. Składają się one z ośmiu kroków:

  1. Otrzymanie zadania – zadanie może zostać przekazane w rozkazie alarmowym (ROZOP) albo w rozkazie częściowym (FRAGO). Po otrzymaniu zadania dowódca opracowuje własny plan działania (średni czas to 1/3 dostępnego czasu na zaplanowanie operacji). Resztę czasu spędza się zazwyczaj na konsultacji planu z podwładnymi, przygotowaniach i uwzględnianiu takich czynników jak długość dnia od wschodu do zachodu słońca czy czas trwania zadania

  2. Wydanie rozkazu pogotowia – dowódca udziela początkowych instrukcji podwładnym w formie rozkazu pogotowia. Rozkaz pogotowia jest sformułowany w formie pięciu punktów:

    * Zadanie lub typ operacji

    * Czas i miejsce przeprowadzenia operacji

    * Kto bierze udział w operacji?

    * Czas wykonania operacji

  3. Wykonanie wstępnego planu – ocena sytuacji, która będzie podstawą do wykonania planu wstępnego. Zawiera pięć punktów:

    * Dokładna analiza zadania

    * Analiza sytuacji i określenie kierunku działania

    * Przekazanie ogólnych opisów zadań oraz przygotowanych szkiców

    * Dalsze oszacowanie sytuacji na podstawie czynników METT-TC (informacje na temat nieprzyjaciela jak np.: siła, liczebność, rozmieszczenie)

    * Wpływ terenu i pogody na przebieg operacji

  4. Pierwszy ruch – na początku trzeba zaznaczyć, że ten krok może być wykonany w dowolnym momencie trwania procedur przygotowawczych. Krok ten polega na wykonywaniu potrzebnych przemieszczeń w trakcie planowania lub rozpoznania wstępnego.

  5. Rozpoznanie – w zależności od zapasów czasowych dowódca przeprowadza rozpoznanie osobiście. Jeżeli tego czasu ma mniej wykorzystuje mapy. Może też skorzystać z pomocy zwiadowców.

  6. Kompletowanie planu – zbieranie wszystkich informacji (rozpoznanie, raporty sytuacyjne, ewentualne zmiany i poprawki w rozmieszczeniu nieprzyjaciela).

  7. Wydanie kompletnego rozkazu – wykorzystując makietę lub rysunek, w ostateczności gdy cel jest w zasięgu wzroku – objaśnia i tłumaczy.

  8. Nadzór – rozchodzi się głównie o to aby wszystko wypaliło. Inspekcje i próby przeprowadza się aby wykryć słabe punkty planu, skoordynować działania. Wykonuje się je w terenie i w warunkach maksymalnie zbliżonych do oczekiwanych podczas przeprowadzenia operacji.

 wright_ops_smal375l

Jednak nie jest to tak kolorowe jak to wygląda na filmach. Nie przychodzi nasz komandir i nie mówi „ruszamy” i wszystko już jest jasne, plan się sam ułożył, a problemy same się rozwiązały niczym stare sznurowadła.

W prawdziwym świecie naprawdę giną ludzie. Giną z wielu przyczyn. Najczęstszą są jednak błędy. I po to właśnie powstały te procedury. Aby tych błędów unikać i aby nikt nie zapomniał czy przez pomyłkę (kolejny błąd, który może mieć śmiertelne konsekwencje), któregoś kroku nie pominął np. przez rutynę. Po to właśnie robi się te wszystkie akcje wywiadowcze, makiety, mapy i próby.

Co się jednak zgadza między fikcją i rzeczywistością? Otoczenie. Z wielu książek czy filmów dowiadujemy się mniej więcej jak to wszystko wygląda. Na przykład w „Bravo Two Zero” McNab’a znajdujemy dość ciekawe opisy pokoju odpraw i planowania operacji. W „Niełatwym Dniu” Marka Owen’a jest pięknie opisane jak pkomandosi wykonują próby i jakie środki do tego wykorzystują.

Doskonałym przykładem jest tutaj operacja „Włócznia Neptuna”. Akcja opisywana w wyżej wymienionej książce „Niełatwy Dzień”. Zanim komandosi NSWDG dostali zielone światło do wykonania tej operacji, trenowali do znudzenia na makiecie w skali 1:1 wszystkie możliwe scenariusze.

Wszyscy wiemy jak to się potoczyło dalej. Cel jednak został osiągnięty więc wszystkie przygotowania nie poszły na marne.

W tym wpisie bazowałem na informacjach z książek

  • Podręcznik Taktyki Rangersów – oficjalna publikacja Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych

  • Niełatwy Dzień – Mark Owen

  • Bravo Two Zero – Andy McNab

Niech moc będzie z Wami – filozoficzna tyrada z elementami łamigłówek matematycznych o sensowności bytu jakim jest tuning replik.

Często jest w ASG tak, że kompletny świeżak jak przychodzi pierwszy raz, ma w głowie myśli: mój karabin jaki on jest zajebisty i w ogóle taki jak w Call of Duty mają… A potem dostaje w pysk od rzeczywistości. Przychodzi i chce się pochwalić kolegom w pasji co kupił itp. A Ci tylko patrzą z politowaniem na stocka i znajduje się 20 speców od tuningu. Już mu zamówienie robią co wymienić, jakie części, jakie preclufy i kostki reversala czy jakoś tak.

Tylko czy to ma sens?

Argumentem na korzyść tuningu jest na pewno jakość wykonanych części. Często i gęsto są one klasę wyżej jeżeli chodzi o wytrzymałość na zużycie i obciążenia wytwarzane podczas pracy repliki.

Ale jaka logika we wkładaniu tuningowych części do gearbox’a, który nie będzie w stanie sprawdzić tych części nawet w 60%? Według mnie – żadna.

No i zaczyna się efekt domina. Lepsze zębatki. No tylko po co mi zębatki do takiego GB’ka? Skoro wytrzymują więcej to wsadzę mocniejszą sprężynę. Przecież wytrzymają zębatki… A silnik? Kurna zapomniałem! Silnik też podkręcony na neodymanach wrzucę i będzie nosić kulasy aż do kaliningradu. Jak już szastam na bogato to strzelę lufkę promateusza i komorę hopup i tefloniksa walnę. Taka wykoksana giwera jest!

Wiadomo przecież, że wszystko ma dwie strony.

Główną wadą tuningu jest to, że części (nie mówię tutaj o chińczykach z tajwanganu) kosztują całkiem niezłe pieniądze.

Ile razy widziałem karabin za przykładowo 1 000 z częściami za 4 000. Niby można, tylko po co? Idąc dalej tym tropem. Jaki jest sens wywalania ponad 1 000 biletów NBP na giwerę i wywalać z niej wszystko co się da i wymieniać (podkreślam: wywalać nowe części i zmieniać na nowe)? Taniej jest przecież podbiec te 20 metrów i zrobić swoją robotę, aniżeli wywalać taczkę kasy na części.
Powiem na własnym przykładzie: Nie pakowałem kasy na części (pomijam fakt wymiany zużytych części, które uległy awarii) . Jednak zdarzały się często sytuacje, że moje M4 w standardzie dawało radę przeciwko spluwom wielokrotnie droższym. Czym to jest uwarunkowane? Nie wiem. Ale mi to odpowiada 😉 Odrobina wysiłku daje więcej frajdy w osiągnięciu celu niż kupienie sobie pewnych udogodnień. Można tak to tłumaczyć. Ale ja nie zamierzam. Po prostu stwierdziłem, że jeżeli mój karabin nie ustępuje w stoku upgradowanym karabinom to po co to robić?

Jeśli się tak spokojnie nad tym zastanowimy:

lufa PDI – 400 PLN

Full Tuning Kit do M16 Guarder – 539 PLN

silnik ULTIMATE – 300 PLN

Dodając to do siebie daje nam to porządny karabin klasy G&P.

I wywalamy w błoto 1,2k PLN (nie licząc idealnie okrągłych kulek do preclufy, które swoje kosztują) zyskując ze 20 m zasięgu. Teksty typu stabilne FPS-y i inne pierdoły nie robią nic. Dlaczego? Co mi po FPS-ach skoro kulka po wylocie z lufy zachowuje się całkowicie przypadkowo? My panujemy tylko nad kierunkiem w którym się ona porusza. Nic więcej. Celność? Tylko przybliżona. Dopóki nie walimy do siebie ołowiem albo śrutem to tak będzie.

Chyba, że bawimy się w strzelanie nie tyle szturmowe co w precyzyjne. Snajper i strzelec wyborowy już niestety nadal muszą ładować hajs w pukawki, żeby miały jakąkolwiek przewagę nad MP5K wsparcia 😉

Pseudorecenzja śpiwora armii holenderskiej

    No dobra… Długo niczego nie było więc trzeba coś w końcu machnąć. Nie było czasu, nie chciało się, nie ważne.
    Ważne jest to, że każdy lubi iść do lasu. Jedni mniej, inni bardziej. Ale jednak lubią. No bo wiadomo. Piwko czy melanżyk w plenerze to świetna sprawa. I człowiek nie choruje tak na drugi dzień (o ile w ogóle choruje). Ale co z tymi pozytywnymi popaprańcami, którzy jak tylko poczują mróz to lecą w las na nockę? Albo idą nie do końca na chlanie? No tak. No bo po co można iść na noc do lasu? Przecież nie spać! Tam są dzikości i inne straszydła. A jednak niektórzy szaleńcy są do tego zdolni.
Żeby przetrwać noc w lesie jak biały człowiek (pomijam lato, kiedy można spać pod drzewem i nie ma żadnego problemu) wypadałoby mieć jakiś śpiwór. Po co? Śpiwór jak śpiwór. Pozwoli nie zmarznąć dupie podczas snu. Nie ma zresztą sensu tego tak bardzo tłumaczyć. Dzisiaj nie o tym. Jak ktoś będzie miał potrzebę to niech pisze PW albo w guglu wyskoczy mu bimbajlon opcji na pytanie: „po co jest śpiwór?”.
Wymyśliłem sobie, że napiszę pseudorecenzję  kilku śpiworów, do których mam/miałem dostęp i osobistą styczność (czasem bardzo osobistą). Będą to między innymi US, BW, i czysty Holender.
Na najpierwszy ogień pójdzie śpiworek modułowy armii holenderskiej.
 cały zestaw
To może podam teraz trochę danych technicznych żeby mniej więcej wiadomo było co jest 5:
  • ocieplina: syntetyczna
  • omawiany zestaw: śpiwór letni oddziałów specjalnych + zimowy + prześcieradło + worek kompresyjny
  • najniższa sprawdzona temperatura: trochę poniżej -20
  • cena: 200 PLN
  • waga: (na oko 2,5 – 3 kg)
  • producent: FECSA
 metka I
Ogólnie to śpiwór jest bardzo zacny. Materiały użyty jest jakiś taki śliski. Nie wiem dokładnie co to jest ale podobny materiał jest w mumii BW. Ma dwie zajebiste zalety doskonale pasującą na cieplejsze pory roku. Letni moduł ma wbudowaną moskitierę dzięki czemu mamy pewność, że żadna franca nie wlezie nam do gaci podczas snu oraz prześcieradło, które wchłania pot, dzięki czemu pierzemy tylko samą szmatę nie tykając śpiwora .
 śpiwór moskitiera I
Wg info zaczerpniętych ze strony jednego sklepu z demobilem:
Śpiwór z holenderskiego wojska, identyczne używa niemiecka armia, produkowany przez firmę fecsa, śpiwory tego typu są niezwykle rzadkie. Wersja letnia, dodatkowo posiada moskiterę na twarz zapinaną na suwak.

śpiwór moskitiera II

Śpiwory wykonane są z najlepszych gatunkowo materiałów jak również najnowszych rozwiązań technologicznych , śpiwór jest bardzo lekki. Temperatura komfortowa do +3 st C , temperatura ekstremalna do -10st C. Pochodzą z demobilu(co najlepiej świadczy o oryginalności towaru) , były używane jednak są w bdb stanach . Do zestawu dorzucamy worek bawełniany w kolorze oliv aby można było zapakować śpiwór . Waga ok. 1.5kg . Wymiary rozmiaru L – w ramionach około 82cm (obwód x 2), długość około 220cm. Rozmiar L, rzadko zdarza się XL lub M.
Mogę zatem śmiało powiedzieć, że mi się udało i dostałem go z kompresyjką 😉
W worku kompresyjnym
Śpiwór jest naprawdę warty polecenia. Za 200 PLN nie kupi się w żadnym campusie i innych „turystycznych” sklepach, śpiworu z takimi właściwościami i temperaturami komfortowymi. Do tego zestawu dołączyłem (w celach kompletnego zabezpieczenia śpiwora przed zniszczeniem i zamoczeniem) liner brytyjski z membrany gore tex. Dzięki temu często – gęsto omijał mnie problem rozbijania obozu. Można było maszerować dłużej, wystarczyło rozłożyć „worek” i walić w kimę.

Respect in da hood

 Bawimy się w airsoft starając się w mniejszym lub większym stopniu wzorować na żołnierzach. Darzymy ich szacunkiem, popieramy inicjatywy typu „Szacunek dla Weteranów”, święta narodowe etc. Ogólnie rzecz biorąc żołnierze są naszym wzorem i swojego rodzaju bohaterami. Ale czy wszyscy powinni nimi być?
Już tłumaczę dlaczego. Chodzi mi o podejście, NIEKTÓRYCH byłych/obecnych zawodowych żołnierzy do ludzi bawiących się w ASG ( PODKREŚLAM JESZCZE RAZ: NIEKTÓRYCH – NIE WSZYSTKICH JAK LECI!). „Zamiast pójść do wojska to się przebierają”, „Latają jak dzieci po lesie z zabawkami”, „Zabawkowy komandos co prochu nie wąchał” “Śmieszne wannabe” i inne określenia lekceważące ludzi, którzy lubią tą formę rozrywki. A oni tylko próbują być tacy jak ludzie na których się wzorują. Żołnierze, którzy są gotowi bronić granic kraju, komandosi i inni których uważamy za wzór czasem podchodzą w sposób „Tfu! Przebierańcy!”. Dlaczego? Bo airsoftowcy się na nich wzorują? Bo szanują ich oraz ich pracę? Nie potrafię tego zrozumieć. Nie każdy ma przecież powołanie aby służyć ojczyźnie. Nie każdemu się na to pozwala choćby stanął na… głowie (Wiemy jak jest. Im lepszy plecak tym masz łatwiej.).Kurcze. Jeśli ktoś darzyłby mnie i mój zawód takim szacunkiem to z jakiego powodu miałbym szydzić z kogoś kto nie jest żołnierzem ale mundur ten nosi? Nie mówię o przypadkach okazywania braku szacunku mundurowi, bo takie przypadki też się zdarzają. Wiadomo, że w każdej rodzinie zdarza się czarna owca.
Dam teraz takie małe porówanie:
Jest sobie piłkarz, jakaś tam gwiazda światowa. I podchodzą do niego fani. Może sobie myśleć co chce na ich temat ale zawsze się uśmiechnie, da autograf czy cyknie fotkę. Nie tylko na spędach typu otwarte treningi czy coś w ten deseń ale na co dzień, spotkany na ulicy. Nie wypowiada się publicznie o chłopakach charatających w gałę, że dzieciaki się szmacianą piłką w światowy futbol bawią. Nie ma głosów typu: koszulke Messi’ego założył! Tfu przebieraniec!!
Jest sobie żołnierz. Osoba poważana i przez wielu pokazywana jako wzór. I wypowiada się na forum publicznym (np. na facebook’u na jednej z grup zrzeszających fanów militariów i wojskowości – stąd też znam ten przypadek) o asgejach, że będą mieli chłopcy ból dupy o to, że UE chce zakazać replik ASG. I cała masa komentarzy z protekcjonalnym tonem często zawierająca prześmiewczą treść.
Dlaczego? Asgeje są gorsi? Często ludzie z tzw. „cywila” mają większe umiejętności odnośnie taktyki,sztuki przetrwania czy nawet lepszą kondycję od ludzi, którzy się z nich śmieją.
Staram się zrozumieć to zjawisko ale nie potrafię. Dlaczego ono występuje i jakie są tego przyczyny . Nie potrafię zrozumieć dlaczego osoba, którą darzę szacunkiem, nie szanuje mnie i mojego hobby.
Trochę to krzywdzące ale chyba trzeba się do tego przyzwyczaić.

Woda,kurz i błoto – szkolenie zorganizowane przez Defense Attack System cz. I

Jakiś czas temu (data nie istotna, bo kogo to obchodzi, a jak ktoś ciekawy to sobie znajdzie) razem z kolegą z ekipy Koalicji Północ wzięliśmy udział w szkoleniu survivalowym prowadzonym przez ludzi z International Survival Group.

   Zanim w ogóle pojawiłem się na miejscu docelowym, podczas czekania na miejscu zbiórki poznałem się z częścią ekipy. Bardzo sympatyczni ludzie. Każdy dla każdego przyjaźnie nastawiony. Nie było krzywych spojrzeń, ani niczego podobnego. Było po prostu normalnie.
   W końcu nasza karoca zajechała i po niedługiej podróży byliśmy na miejscu.
Po krótkim przywitaniu z resztą składu, który był już na miejscu dzień wcześniej, nastąpił powrót do rzeczywistości obozowej. Przygotowanie terenu pod obóz, wyznaczenie miejsca na ogień, opał, szkolenia etc.
Noszenie opału/przygotowywanie obozowiska
   Rozbicie się miało zając jak najmniej czasu (miałem fart, bo spałem pod chmurką, a moim jedynym schronieniem był holenderski śpiwór letni + liner z Gore Tex’u pochodzący ze składu MoD.).
Rozbity obóz sprawował się świetnie, pozwalając “kimnąć” się kilka minut w tzw czasie wolnym.
 Po tej jakże ważnej kwestii zostaliśmy zaprowadzeni na przygotowany wcześniej przez nas plac ćwiczeń, gdzie Andreas (jedna z osób odpowiedzialnych za szkolenie) zapoznał nas z karambitem i ogólną filozofią sztuki walki jaką jest sillat. Po wprowadzeniu i pokazaniu podstawowych technik zaczęliśmy ćwiczenia. Andreas był bardzo wyrozumiały i tłumaczył wszystko w sposób bardzo dobrze przyswajalny. Tylko kretyn mógłby tego nie złapać.
Takim oto “nożykiem” uczyliśmy się walczyć
Andreas pokazuje Mardukowi jak boli karambit
Karambit to nie tylko cięcia i pchnięcia. To również wywieranie nacisku na stawy za pomocą ostrza.
Ćwiczenie jednej z technik walki karambitem
Po szkoleniu w karambicie, krótka przerwa na rzeczy typu siku, woda, fajka etc.
   Było fajnie ale instruktorzy nie dają odpocząć. Każą zbierać się do wymarszu. Sprzęt? Plecaki, nakrycia głowy i moskitiery. W skrócie 1 linia + plecak. Wyruszamy na rekonesans. Trasa niezbyt wymagająca, jednak niektórzy mają opory, żeby wskoczyć do wody trochę wyżej niż do pasa.Byłem bardzo zaskoczony, bo woda do butów wlała mi się dopiero po ok. 20 m w wodzie. Niby pustynne ale membrana gore tex zrobiła doskonale swoją robotę. Rekonesans (specjalnie nie piszę zwiad, ponieważ nie przeprowadzaliśmy tego skrycie i na bojowo) sam w sobie nie był mega trudny, ciężki czy coś. Po prostu fajnie było się przejść grupą w ciepłej wodzie jeziora i wczuć się w klimat. Przy okazji zebraliśmy materiały potrzebne do kolejnych ćwiczeń.
Mieliśmy fart, bo woda była cieplutka. Ale paczka fajek, którą zapomniałem wyciągnąć z kieszeni przepadła bezpowrotnie.
   Przed chwilą wspomniałem o klimacie. Był on obecny i to bardzo. Czasem człowiek czuł się jak jeden z bohaterów popularnej serii na kanale Discovery pt.: „Surviving the cut”. Organizatorzy zadbali o to abyśmy czuli presję. Ale nie byliśmy tyrani non-stop. Stres był dawkowany i dokładnie „wycelowany”.
   Po części ćwiczebnej nastąpiło kółko wzajemnej adoracji, podczas którego każdy opowiedział coś o sobie. Myślę, że to bardziej scaliło grupę i przełamało lody. Ludzi obecnych na szkoleniu bardzo zainteresowała działalność naszego stowarzyszenia. Po symbolicznym kubeczku szlechetności mieliśmy chwilę dla siebie. Podczas odpoczynku wraz z Mardukiem byliśmy „pod gradobiciem pytań” na temat tego co robimy i jak to robimy w Koalicji Północ.
Dalsza część opowieści będzie w kolejnych wpisach. Chociaż nie obiecuję, że będą kolejno po sobie…

Zloty i upadki

Kolejny ból dupki po dłuższej chwili niebytności. Dlaczego tak długo? A co to za różnica? Jak trzeba to trzeba. I Tyle. Ale do rzeczy.
Zauważyłem, pewną tendencję jeśli chodzi o zloty militarne/pojazdów militarnych i inne imprezy nazwijmy je „masowymi”. W większości przypadków jest to tendencja spadkowa. Dlaczego? A bo ja wiem… Miałem okazję być na kilku zlotach i w sumie bardzo niewiele było fajnych. Utarło się wszem i wobec, że na zlot jedzie po to, żeby pochlać z ludźmi z taką samą zajawką, ze starymi znajomymi, których się nie widziało etc. I tu pojawia się moje pytanie. Czy tylko o to chodzi? Jeśli tak, to po co się szpeić na zlot? Można przecież nie brać niczego ze sobą, poza czymś do spania i sprzętu biwakowego. Dlaczego? Przecież to nasi militarni znajomi – czyli wiedzą, że jesteśmy militarystami. A szpej nie będzie potrzebny bo i tak pijemy, zamiast robić pokazy itd. Kumam, żeby polecieć wieczorkiem, jak teren zlotu jest zamknięty dla „zwiedzających” do chłopaków, popić i pogadać. Ale niech nie będzie to zajmowało czasu całego zlotu!
Megaklimatyczne poniemieckie spichlerze w Bornym Sulinowie
źródło: http://tiny.pl/qss58

 

Każdy zlot ma jakieś zalety 😉
źródło: http://tiny.pl/qss5s
Tutaj posłużę się przykładem Majówki ASG w Bornym Sulinowie. Kurde, 400 osób, a spora część nawet nie wychodziła z OFF-a przez całą majówkę, bo nie byli w stanie. W takim razie tacy ludzie jadą na takie imprezy? Nachlać się można w domu. Zdzwonić chłopaków, dogadać się i chlać na umór cały długi weekend majowy jak się tak bardzo to lubi. A tak pojadą jeden z drugim barany i psują zabawę ludziom, którzy (o zgrozo!) chcieliby się postrzelać, porobić fajne rzeczy niekoniecznie z flaszką w ręku. Co z tego, że 400 osób było skoro 100 leżało naorane jak bąki?
Powstańczy “Kubuś” (oryginał) na Zlocie w Podrzeczu
źródło: https://www.facebook.com/strefamilitarna/photos_stream
W zeszły weekend był zlot pojazdów w Bornym. I znowu to nieszczęsne Borne. Miejscóweczka naprawdę klimatyczna. Sama świadomość historii tego miejsca robi wrażenie. A zlot? Chamski festyn. Więcej straganów niż ludzi. Były podobno jakieś pokazy (byliśmy w piątek i nie widziałem żadnego). Zlot w Darłówku? Przemianować na jarmark Darłowski czy jakoś tak. Krótko mówiąc „chujnia”. Na szczęście sytuację ratuje zlot w Podrzeczu. Jest to zlot jaki sobie zawsze wyobrażałem. Całe dnie coś się dzieje. Cały czas słychać strzały, ryk maszyn i ogólnie jest uberfajnie. Szkoda, że to tylko raz w roku i tylko tam (póki co najlepszy zlot na jakim byłem).

 

Bardzo ładna kopia Pantery na Zlocie w Podrzeczu
źródło: https://www.facebook.com/strefamilitarna/photos_stream

Ale wiadomo. Zlot jest odbierany różnie. Mnie akurat taki odbiór tego typu imprez nie bardzo odpowiada. I niestety szkoda mi czasu i pieniędzy, na oglądanie zachowań jak z filmików typu „Walki Żuli”.

źródło: http://tiny.pl/hkz86

Niestety trzeba będzie ograniczyć wyjazdy do kilku imprez rocznie. Przynajmniej dziewczyna będzie zadowolona.

Niby każdy inny ale wszyscy identyczni

   Jak patrzę na zdjęcia z różnych imprez, zlotów czy innych form aktywności w szpeju to chce mi się płakać. Jeszcze kilka lat temu przed erą multichłamów i devgrów, była zajebista różnorodność. Kiedyś jak przychodziło się na spotkanie to porównywało się rozwiązania w szpeju różnych armii. Chłopaki pojawiali się w znienawidzonych „nazistowskich” FLECKTARN’ach, DPM i DDPM rodem z UK, M81 WOODLAND z amerykistanu, polskich WZ93 Pantera od wujka budowlańca, widywałem też belgijski JIGSAW i wiele różnych rodzajów kamuflażu.
A teraz? Teraz jest tak jak z młodzieżą porównując kiedyś i dzisiaj. Lata ’90 oznaczają zajebiste dzieciństwo z chłopakami z podwórka, natomiast lata powyżej roku 2000 prezentują umysłową biedę i spędzanie czasu z kumplami z facebook’a.
   Tak samo jest na airsoftowym podwórku. Kiedyś rozmawiało się o wyższości woodlanda nad fleckiem i o podejściu różnych armii świata do tego samego zagadnienia, a teraz jest powszechne klepanie się po dupkach ubranych w multicam, zachwycanie się fajnoscią i opowiadanie ile to się nie wybuliło na ładownicę do multitool’a, który można było trzymać równie dobrze w kieszeni. Tylu mamy teraz komandosów z Afganu w tym kamuflażu, że nawet flecktarrn jest egzotyką.
Moim zdaniem winna jest chęć lansu za wszelką cenę. Wszyscy robią teraz „reko specjalsów”. Kurde czy wszystko musi się opierać o multicam? Dlaczego tak mało grup robi stylizacje czy re-enactment jednostek w swoich „macierzystych” kamuflażach i sortach mundurowych.
Żeby nie było, że kamuflażowy rasista. Nic z tych rzeczy. Ale żygać się chce jak się wszędzie widzi albo ruskich z AK albo specjalistów z M4/HK416.
   Ktoś mi powie, że niby kamuflaż ten sam ale jednostki inne. Są przecież obszycia, flagi i inne pierdoły, dzięki którym można odróżnic kto jest kto. I co z tego? Idzie człowiek na spotkanie do lasu a tam wojna klonów i batalion stormtrooperów czeka aż zacznie coś się dziać.
   Przyznaję się. Sam używam zestawu M4 w wersji SOPMOD + Woodland + ETLBV. Ale to już lata ’90. Coś innego. Na majówce ASG w Bornem Sulinowie był to zestaw dość rzadko spotykany. Pomimo, że kontraktowy set jest w cenie jednej nowej „niekoszernej” kamizelki albo i jeszcze taniej. A było ok 400 chłopa więc przemiał niemały.
   Kumpel, który prowadzi sklep militarny ma czasem mega rzadkie rarytasy jeśli chodzi o sprzęt. Ale nie! Przyjdzie taki jeden z drugim co się naoglądali filmu o zabiciu Osamy i ciągle o te AłORy i multicamy pytają. Kumam, że fajne i lansiarskie. Ale jak każdy jest super – to nikt nie jest.
Ostatnio poruszyłem ten temat w zwykłej rozmowie z koleżką. Kontrargumentem było to, że takie coś noszą w A-stanie albo, że to reko JWK i oni używają. A nie używają jeszcze polskiego kamuflażu albo A-TACS’a? Nie bądźmy identyczni. Każdy przerabia swoja replikę, żeby była niepowtarzalna i w ogóle taka wybajerzona, żeby każdy zazdrościł. Więc czemu nie zadbamy o niepowtarzalność ekwipunku?
   Osobiście bardziej mi imponuje jak ktoś zdobędzie kolbę od wersji palnej niż z zerowym wysiłkiem kupi sobie chińską kopię GPNVG-18, którą byle Janusz może sobie kupić na chińskie-gówno.pl. Dlaczego? Bo w szukanie tej pieprzonej kolby koleś musiał włożyć trochę trudu, by ją zdobyć. To tak jak z dziewczynami. Te najłatwiejsze mimo, że śliczne, nie są tak pożądane jak te, które nie dają każdemu i się szanują – przez co ciężej je zdobyć.
   Ale wiadomo. Tak jak w kompletowaniu szpeju tak i z piciem. Trzeba zachować odpowiednie proporcje, bo można się najzwyczajniej w świecie porzygać od nadmiaru.